Trześcianka - ponowna wizyta u Adama 30.10.2006 godzina 8.00 Jedziemy z mosem wyciągnąć z małego cieku wypasione szczupłe których nie udało się wyjąć Adamowi w maju. Nastroje calkiem dobre - piekna pogoda ale zmmno + 1 st. C. Błądzimy godzinkę (Adam ma być dopiero o 12) aby dotrzeć do miejca gdzie trzeba iść z buta. Kierujemy się w stronę ambony aby namierzyć malutki ciek.

Wspinamy się na górę i namierzamy coś co zostało po mega wielkim gnieździe szerszeni:

Rozglądamy się po okolicy bo bez Adama czujemy się jak bez oczu. Delektujemy się pieknym widokiem siedząc w ambonie, popijając gorącą herbatkę. Namierzamy cel - niewielki ciek widoczny w oddali poniżej:

Sprawa wydaje się prosta. Bierzemy kije i ruszamy w drogę. Niestety totalnie się masakrujemy szukając suchej drogi do cieku. Mos bez kaloszy jest jak kula u nogi. Wędrujemy po błocie 1 stopień powyżej zera. Po godzinie drogi docieramy do celu.

Oddając rzuty w bardzo trudnych warunkach czekamy na Adama. Woda martwa, powietrze rześkie. W oddali słychać odgłos motoru. Przybywa Adam - teraz może być tylko lepiej - przynajmniej tak nam się wydaje.

Niestety pomiędzy Adamem a nami płynie sobie rzeczka - przybyliśmy bowiem z przeciwnych stron świata. Tłumaczy nam gdzie się kierować na mostek. Ruszamy - jesteśmy totalnie zniszczeni - zwłaszcza mos bez kaloszy. Ponownie włazimy w bagno i składamy broń. Nie mamy wyjścia - biorę mosa na barana i grzęznę ze szfaniem na plecach w błocie. Adam widząc ten cyrk zarządza przez komórkę odwrót. Darujemy szczupłym życie i wracamy do auta. Ruszamy by po chwili trafić na Adama, który kieruje nas w suche miejsce.

Jest sucho, dobrze, zwyczajnie i pospolicie. Robimy sobie spacerek wzdłuż brzegu Narwi - rzucając czym się da.

Niestety ryby albo nie ma albo jest zbyt leniwa, a my zmasakrowani taplaniem się w błocie. Ale jeszcze tu wrócimy ...
admin
